2013/06/20

Rozdział 7

Witam. Tak jak obiecałam wracam i od teraz już przerw nie będzie. Przynajmniej w najbliższym czasie:) A teraz już nie przedłużając zapraszam do lektury kolejnego rozdziału.

(Daniel)


Bolą mnie włosy pomyślał. Chwilę zajęło mu stwierdzenie, że ta myśl jest zupełnie absurdalna. Włosy nie mogły boleć, ponieważ nie miały zakończeń nerwowych. Nie zmieniało to jednak faktu, że właśnie tak czuł. Kolejne kilka minut docierało do jego świadomości, że jednak żyje. Po prostu śmierć nie mogła być tak bolesna. W raz z upływającym czasem był coraz bardziej przytomny, coraz więcej bodźców odbierał a nawet potrafił umiejscowić ból. Nie bolało go nic w okolicy głowy i szyi, natomiast czuł tępy ból w dolnej partii ciała, bolał go nadgarstek prawej ręki i pamiętał dlaczego. Zupełnie jednak nie potrafił wytłumaczyć sobie dlaczego lewą rękę ma zupełnie zdrętwiałą i taką ciężką. Powoli rozchylił powieki. W pomieszczeniu panował przyjemny półmrok. Nadal był w szpitalu i to raczej nie było zaskoczeniem. Poruszył palcami lewej reki i z ulgą stwierdził, że są w pełni sprawne, tylko dlaczego cała reszta była niezdatna do ruchu. Przecież jej nie złamał...pamiętałby przecież. Chyba? Podniesienie głowy z poduszki okazało się nie lada wyczynem. Tego co zobaczył  po dokonaniu tej z pozoru łatwej czynności po prostu się nie spodziewał. Na brzegu łóżka po jego lewej stronie spała pielęgniarka. I to ona sprawiła że cała lewa ręka była tak ciężka i cała zdrętwiała. Kobieta zwyczajnie użyła jej jak poduszki. Co więcej Daniel już zdążył wyciągnąć wnioski patrząc na nią. Na pewno czuwała przy nim i martwiła się. Z miejsca poczuł się bardzo głupio. Sprawił jej kłopot i nie tylko jej. Personelowi szpitala zapewne też. Był beznadziejny. Nie, nie nie! Tak nie wolno myśleć. Przez to narobiłem innym problemów. Postanowił się czymś zająć. Jedyną rzeczą jaka mógł teraz zrobić to się rozejrzeć. Po dokładnym "rozeznaniu w terenie" okazało się, że sala w której się obudził nie jest tą sama. Ta była o wiele mniejsza i bardziej przytulna. Zaczynał go boleć kark od takiego trzymania głowy w górze więc ponownie ją położył na poduszce. Z braku lepszego zajęcia postanowił jeszcze pospać. Jednak już kilka chwil później zrozumiał, że jeśli nie uwolni reki od ciężaru to nie zaśnie. Ledwo jednak poruszył ręką, a kobieta poderwała się do pozycji siedzącej. Powiodła nieprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu , by w końcu zatrzymać spojrzenie na nim. Oprzytomniała w ułamku sekundy. Założyła nerwowo kosmyk włosów za ucho po czym wstała i z drugiego końca pokoju przyniosła szklankę i dzbanek z wodą. Dopiero gdy zobaczył płyn uświadomił sobie jak bardzo che mu się pić. Pielęgniarka pomogła mu się uporać z pragnieniem, a potem zaczęła doprowadzać się do ładu. Poprawiła bluzkę i fartuch, palcami przeczesała włosy, a potem z ziemi podniosła identyfikator. Plastykowy prostokącik poinformował go, że siedząca przed nim kobieta nazywa się Susan McCartney i jest psychologiem. Wcześniejsze poczucie winy rozwiało się jak dym i zostało zastąpione gorzkim rozczarowaniem. Kobieta uśmiechnęła się do niego przyjaźnie. Miał ochotę powiedzieć jej żeby przestała to robić, ale nie posiadał sił do konwersacji. Terapeutka zaczęła mówić, a on tylko udawał, że słucha,. Żal do świata i losu rozrastał się w tępię ekspresowym. Wszyscy chcieli tylko pieniędzy i tak kobieta również. Świat ranił go co krok pogłębiając istniejące już rany. Dlaczego nie mógł umrzeć wtedy w spokoju. Byłoby łatwiej dla niego i dla świata.


(Susan)

Chłopak słuchał, a może tylko udawał. Nie patrzył jej w oczy i miętosił w dłoniach róg kołdry. Spodziewała się tego, że będzie słuchał lub ignorował ją. Potrzebował czasu, by się pozbierać. Miała nadzieję, że Daniel znajdzie w sobie siłę do pokonania demonów, które go nękały. Chciała być mu podporą jednak najpierw nastolatek musiał się choć trochę otworzyć, dopuścić do swojego zamkniętego świata. Chciała by obecny podopieczny jej zaufał. Na wszystko jednak trzeba będzie czekać.

2013/06/07

Ogłoszenie

W związku z tym, że zaliczenia za kilka dni i muszę się do nich przygotować zawieszam bloga do dnia 20.06.2013 roku. Tego też dnia dostaniecie kolejny rozdział. Na poprawę humoru dam Wam coś ładnego:D










2013/05/31

Rozdział 6

Ohayo! Niespodzianka! Dzisiaj notka trochę wcześniej. W dodatku dedykowana. Dla czytelniczki która - mam wrażenie że tylko ona to czyta - mnie motywuje. Kimichi (´・ω・`) ten tekst choć nieco smętny dedykuje właśnie Tobie. 

...

W tym samym czasie

Obudziło go pragnienie. Gardło miał zupełnie wysuszone, a w zasięgu wzroku nie było żywej duszy. Nie mógł więc poprosić nikogo o podanie choćby odrobiny wody. Każda próba sięgnięcia po szklankę z przezroczystą cieczą, która stała przecież tak niedaleko kończyła się falą bólu. W końcu dał sobie spokój. Ułożył się w miarę wygodnie i spojrzał przez okno. Widok nie był najciekawszy, ale nie można było się tego spodziewać w centrum miasta. Szare budynki nie działały pozytywnie na jego nastrój. Leżał tak patrząc na świat za szybą. Niewesołe myśli tłukły mu się po głowie. wiedział od dawna , że ojciec od dawna pragnie się go pozbyć,a innej rodziny nie miał. Czyli trafi do domu dziecka. Pewnie James był wniebowzięty kiedy mnie tu oddawał. Z drugiej strony gdyby to ojciec go tu przyniósł to na pewno zadawali by mu pytania i miałby kłopoty. Ciekawe. Przyniósł cz nie przyniósł? Zaczął się nad tym zastanawiać. Myślał na tyle intensywnie,że w niedługim czasie rozbolała go głowa. W końcu doszedł do wniosku, że dowie się wszystkiego później, bo teraz nie ma na to siły. Przymknął oczy i zasnął. Obudził się dużo później, zmęczony tamtymi wspomnieniami. Pragnienie było jeszcze silniejsze, język przepił się do podniebienia. W zasięgu wzroku nadal nie było nikogo. Mogłaby przyjść ta ruda pielęgniarka. Tylko czy ona na prawdę istniała czy tylko mu się śniła. Westchnął i spojrzał tak ja wcześniej w okno. Tym razem widok był troszeczkę inny- słońce wisiało nisko nad dachami sąsiednich budynków, a on mógł tylko obserwować jego wędrówkę. Cisza i samotność. Dużo czasu by pomyśleć i wyciągnąć właściwe wnioski. Bardzo przykre wnioski, które cisnęły do oczu łzy. W końcu w pełni sobie uświadomił swoją sytuacje. Był nikomu niepotrzebnym balastem. Nie miał do kogo, ani gdzie wracać. Do domu dziecka iść nie chciał. Z opowieści szkolnego kolegi wiedział jak takie instytucje funkcjonują w praktyce. Zostało tylko jedno wyjście. Złapał wenflon i szarpnął. Teraz rurka od kroplówki  razem z wenflonem zwisała ze stojaka. Zebrał w sobie wszystkie siły, zagryzł  wargę z bólu  i sięgnął po szklankę z wodą. Ręce tak mu się trzęsły, że niemal wszystko wylał. Potłukł szklankę i z odłamków wybrał najostrzejszy. Przesunął ostrą krawędzią po nadgarstku i z rany wartko popłynęła krew. Znów spojrzał na oddzielony szybą świat. Gdybym tylko teraz mógł być w lesie… Chciał zobaczyć zachód słońca lecz z biegiem czau coraz trudniej było mu utrzymać powieki w górze. W końcu zabrakło mu sił i pozwolił im opaść. Chwilę później słońce skryło się za horyzontem.


...


Szła korytarzem w o wiele lepszym humorze niż kiedy wychodziła od chłopaka. Przestała już gniewać się na Sarę. Spacer i zmiana ubrania dobrze jej zrobiły. Teraz zmierzała do swojego tymczasowego lokum  gdzie będzie mogła spędzać dużo czasu z nastolatkiem. Otworzyła drzwi i w ułamku sekundy jej nastrój zmienił się całkowicie. Stach ścisnął ją za żołądek. Widok był jak z najgorszego koszmaru. Chłopak był blady i nieruchomy. Podeszła do niego jak w transie i sprawdziła puls – słaby ale wyczuwalny. Wcisnęła przycisk i w mniej niż minutę w sali zaroiło się od medycznego personelu. Ktoś ja odciągnął i posadził na wolnym łóżku.  Cały ten tłumek razem z pacjentem oddalił się w pośpiechu. A ona znów czekała zdawało się całą wieczność na jakieś wieści. Potem przywieziono chłopaka. Różnica w wyglądzie była niewielka. Pościel została zmieniona i teraz na stojaku wisiał jeszcze jeden woreczek. Ubytek krwi był na tyle poważny, iż konieczna była transfuzja.

2013/05/23

Rozdział 5

(Nickolas)

Usiadł gwałtownie. W panującej dookoła ciszy dźwięk telefonu stacjonarnego wydawał się zbyt głośny i nieprzyjemny. Powoli dotarło do niego, że to nie jest nic strasznego. Ot przysypiał sobie na kanapie i ktoś ubzdurał sobie, że to jest dobry moment do dzwonienia . Postanowił się zlitować nad tą osobą. Podniósł słuchawkę.
- Rezydencja państwa McCartney. Niestety nie ma ich w domu. Coś przekazać? -usłyszał w aparacie rozbawione prychnięcie
- Mógłbyś przestać się wygłupiać Nicolasie?
- O. Pani Shmit.
- Przez ciebie czuję się staro, dzieciaku.
- A nie jest pani - uśmiechnął się
- Poczekaj już ja się z tobą kiedyś policzę chłystku - w głosie kobiety wyczuwało się wyraźne rozbawienie - No ale to jak już cie dopadnę, a teraz do rzeczy. Możesz spakować Susan. Mamy tu jedną z tych nielicznych i ciężkich sytuacji. Potrzebna jest całodobowa opieka i obserwacja. Susan dodatkowo musi jakoś zdobyć zaufanie...
- Dobrze. Rozumiem. Przyjadę jak najszybciej.
- Nie znajdziesz jej w szpitalu. Przed chwilą poszła po pączki.
- Jeśli trafie na nią po drodze to raczej nie będzie miała pani okazji się ze mną policzyć - w duchu pogratulował sobie tego. Kobieta mruknęła coś niewyraźnie, a potem pożegnała się i rozłączyła. Ta batalia słowna była jego. Takie utarczki prowadzili ze sobą od pewnego czasu.  Ponad pół roku zastanawiał się dlaczego Susan McCartney przyjaźni się z kimś takim. Z pozoru twarda jak kamień kobieta po bliższym poznaniu okazała się być całkiem spoko. Lubił ordynatorkę. Ziewnął i w końcu ruszył z miejsca. Wspiął się po schodach na piętro i stanął przed drzwiami pokoju opiekunki. Sytuacje z kategorii "ciężkie" były naprawdę sporadyczne. Jednak w tedy Su przeprowadzała się na tyle ile było trzeba na oddział. Za każdym razem potrzebowała "kilku drobiazgów". Odkąd go adoptowała już 6 razy ją pakował. Pierwszej takiej sytuacji nigdy nie zapomni. 

~…ach i czy mógłbyś mi jeszcze przynieść bieliznę. Kilka par majtek i staników. Tylko nie bierz tego czarnego w czerwone róże. Usztywnienie z nich wylazło. Zamiast tego weź ten który ostatnio kupiłam. Powinien leżeć na fotelu u mnie w pokoju. No wiesz taki biały w różowe kwiatuszki.. ~

To wtedy było takie żenujące. Teraz jednak za każdym razem kiedy to wspominał nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Su potem bardzo się postała, by te sytuacje nie były dla niego, aż tak niezręczne. I to właśnie dzięki niej od 3 lat nie dotykał pralki. Psycholog o pranie dbała sama. Wszedł do pomieszczenia i od razu podszedł do małej szafki nocnej. W jednej z 4 niewielkich szuflad znajdowała się torba, w dwóch kolejnych bielizna. Spakował około połowę. Potem zerknął na szafę. Z miną człowieka idącego na ścięcie otworzył jej odrzwia. Tak jak się spodziewał w środku jak zwykle wszystko wyglądało jak po małym wybuchu nuklearnym. Co z tego, że ubrania były czyste. Pozwijane i poupychane byle jak tworzyły dziwne kolorowe wnętrzności szafy. Włożył rękę w to pobojowisko i zrzucił na dywan. Tak było łatwiej szukać. Torba wypełniła się całkiem szybko. Zasunął ją więc i zarzucił na ramię. Odzież pozostawił na podłodze. Planował poukładać w szafie jak wróci. Przy okazji Suzi dostanie szału. Kiedy wszystko było uporządkowane niczego nie potrafiła znaleźć. Zbiegł po schodach, zajrzał do kuchni w celu sprawdzenia szczelności okien i gdy się przekonał, że wszystkie są zamknięte wyszedł. Postanowił sobie podjechać autobusem przy czym odpowiedni środek lokomocji z właściwym numerem niemal mu uciekł.

50 min później

Miał ochotę przekląć wszystko co przyczyniło się do dwa razy dłuższej niż zazwyczaj podroży tj. robotników, objazdy, roboty drogowe, korki i znów robotników. Z ulgą wysiadł co prawda wcześniej niż planował, ale mówi się trudno... Nie podobały mu się te wszystkie prace drogowe w mieście. Może kierowcy kiedyś będą zadowoleni, ale on nie miał prawka. Postanowił, że sam na nie zarobi więc nie zapowiadało się by szybko poszedł na kurs. Skręcił w jedną z mniejszych uliczek. Prowadziła ona do mniejszego z parków miejskich w którym również znajdował się niewielki plac zabaw. Kiedy miał gorszy dzień przychodził tam wyciszyć się. Teraz przechodził właśnie przez samo "centrum" dziecięcego raju i pewnie poszedłby dalej gdyby na pobliskiej ławeczce nie siedziała "poszukiwana". Susan osłaniała oczy ramieniem, głowę miała lekko odchyloną do tyłu i mamrotała coś pod nosem. Gdyby było z kim to by się założył, że to kierowane w stronę Sary Smith niezbyt przyjemne epitety. I rzeczywiście gdy tylko podszedł bliżej, usłyszał
- ...ła, głupia, wredna, paskudna kobieta. Jak mogła mnie wysłać taki hektar? I po co? Kto to teraz zje? No kto ...
- Ja - kobieta podskoczyła wystraszona 
- Ty chcesz mnie zabić. Nick przyznaj się, ale już!
- Tak oczywiście, planowałem to od dawna. Przejrzałaś mnie.
- No wiedziałam! Ale jednak nie zmienia to faktu, że powinieneś przeprosić.
- Za co?
- Ja tu prawie umarłam. - Prawie robi różnice.
- Przymknij się – szturchnęła go lekko – Nie widzisz, że ja tu prawie umarłam.
- Widzę. Możesz kontynuować.
- Nie ma mowy! – fuknęła – Cały klimat zepsułeś. Co ty tu robisz?
- Siedzę, oddycham..
- Nie o to mi chodziło.
- Nie? A o co? - podniósł torbę i położył sobie na kolanach - Pomyślmy co by to mogło być? - udał zamyślonego, Su szturchnęła go w bok. Uśmiechnął się psotnie. - Masz. Podobno znowu ci się trafił przypadek 24/7
- Niestety tak...Ale cóż nie będę cię tym męczyć. Masz pewnie coś ciekawszego do  roboty - torba zmieniła właściciela
- Akurat nie, ale ty i tak nie piśniesz nawet słowa
- Jak ty dobrze mnie znasz. Zmiataj do domu i zabierz to - wręczyła mu torbę z piekarni - Sam deklarowałeś, że się nimi odpowiednio zajmiesz - i przytuliła go do siebie. Za nic w świecie, nawet na najgorszych  torturach nie przyznałby się, że lubi być przytulany. Groziło by mu to, że życzliwa opiekunka Susan McCartney zmieni się w Elmirke*. Każde potem rozeszło się w 2 różne strony. Tym razem postanowił iść na piechotę. Kolejnej porcji objazdów by nie zniósł. Szedł spacerowym krokiem  do domu, powoli zjadając pączki. Czekało go jeszcze składanie ubrań z szafy rudowłosej psycholog.

...

* Elmirka Duf - rysunkowa rudowłosa dziewczynka od Worner Bros. Postać występująca w serii  "Przygody Animków". Dziewczynka kocha zwierzaki jednak te od niej zawsze starają się uciec. Dłuższe przebywanie w rekach Elmirki grozi zagłaskaniem na śmierć.

2013/05/17

Rozdział 4

Witam i przepraszam za tak późne pory dodawania i za ten poślizg. Wcześniej zwyczajnie nie miałam czasu. To tyle ode mnie. Miłej lektury.

(Sara)


Jeśli czas miałby ludzka postać i charakter byłby najwredniejszą osobą na świecie. Gdy zwykle siadywała do papierkowej roboty wskazówki zegara wlokły się niemiłosiernie. Z kolei gdy dzisiaj chciała na dokumentacje poświęcić tylko niego ponad godzinę to leciał na złamanie karku. Minęły 3 godziny. Odkąd to spostrzegła jej humor uległ zmianie na gorsze. Miała ochotę przeklinać dosłownie wszystko co znajdowało się w jej polu widzenia, jednak tylko przeciągnęła się i przetarła zmęczone oczy. Wyszła ze swojego gabinetu. Swoje kroki skierowała do jednej z sal. W pomieszczeniu znajdowały się tylko dwie osoby. Jedna z nich swoją uwagę przeniosła na Sarę gdy tylko ta przekroczyła próg pomieszczenia. Druga z obecnych w pomieszczeniu osób była w tej chwili nieświadoma. Chłopak spał o wiele spokojniej niż gdy widziała go przedtem. Niestety ten wypoczynek trzeba było przerwać. Koniecznie musiały sprawdzić czy chłopiec w ogóle się obudzi po tym wszystkim. Obawy były uzasadnione. Organizm młodego człowieka znajdował się w nie najlepszej kondycji. Nastolatek był niedożywiony oprócz tego lekarze odkryli na jego ciele ślady świadczące o tym, że wcześniej był bity. No y jeszcze ostatnie przeżycia , a z tego wszystkiego co widziała przeszło dobę temu najgorzej mogła mu zaszkodzić ostatnia utrata  krwi...Sara przysiadła na skraju łóżka pacjenta i cicho rzekła do rudowłosej kobiety.
- Spróbujmy go wybudzić.

(Susan)

Gdyby nie skrzypiące drzwi to nawet by nie zauważyła, że do sali ktoś wszedł. Ordynatorka była zaniepokojona. Susan widziała to w jej oczach. Kobiety znały się od dawna, Obie potrafiły dostrzec, że drugą coś dręczy. Sara była doskonałą aktorką, jedyne co ją zdradzało to oczy. Większości wydawało się, że doktor Smith to chodząca góra lodowa. Jednak prawda była zupełnie inna. Psycholog na słowa Sary drgnęła, wzięła głęboki uspokajający oddech i pochyliła nad łóżkiem. Spokojnym cichym głosem zaczęła wywołując go po imieniu
- Danielu. Danielu...słyszysz mnie? Daniel otwórz oczy. Chociaż spróbuj. Danielu... - powieki drgnęły i uchyliły się by natychmiast zamknąć. Oświetlenie najwyraźniej było zbyt ostre. Cierpliwie czekały. Chłopak zmęczonymi zielonymi oczami błądził po całym pomieszczeniu najwyraźniej usiłując odnaleźć zagrożenie. Gdy jednak przekonał się , że nic mu w tej chwili nie zagraża skupił się na niej. Sytuacja nie była łatwa, ale też nie nowa. Chciałaby nastolatka w jakikolwiek sposób pocieszyć, jednak nic nie przychodziło jej do głowy. Daniel w czasie, gdy ona rozmyślała jakby to tu "rozegrać", przymknął oczy i tak pozostał przez długie minuty. Wychodzi na to, że chłopak był zbyt słaby, by pozostać dłużnej przytomnym. Wstała powoli, zastane stawy wydały nieprzyjemny dźwięk.  Jako pierwsza skierowała się do drzwi.
- Nie... Zostań...Proszę...tylko nie dotykaj - słowa wypowiedziane cicho, pełnym leku głosem zatrzymały ją w miejscu na kilkanaście sekund. Odwróciła się i usiadła ponownie na taborecie. Chłopak wyraźnie się uspokoił. zerknęła na Sarę. Ta z kolei tylko skinęła głową i wyszła. Zostali sami. Nastolatek ponownie przymknął oczy. O rozmowie nie mogło być mowy. Z braku lepszych pomysłów zaczęła nucić melodię pewnej piosenki. Miała nadzieję, że to choć trochę go uspokoi.



(jakiś czas później tego samego dnia - Susan)


Opadła na plastikowe krzesło naprzeciw biurka i bez żadnego skrepowania sięgnęła po kubek z kawą. Musiała zwilżyć  wargi. Kobieta siedząca naprzeciwko oderwała spojrzenie od monitora i zapytała.
- Jak z nim?
Susan przełknęła ostatni łyk zimnej kawy. 
- Jest źle. Nie spodziewałam się niczego innego. Potrzebuje wsparcia osoby dorosłej. Kogoś do kogo ma zaufanie, tylko...On nie ma nikogo takiego. Jego matka zmarła na raka 3 lata temu, dziadkowie nie żyją, wujostwo go nie chce, a ojciec zrobił mu to wszystko. - w miarę jak wymieniała jej głos cichł. Cała ta sytuacja była dla niej bardzo bolesna. Życie tego chłopaka było ciężkie. Systematycznie niszczył je człowiek który powinien być podporą. Niby była psychologiem, ale nie potrafiła "wczuć" się w skórę takiego człowieka. Takie rzeczy jak to co przytrafiło się Danielowi były wynaturzeniem.
- Ej słuchasz mnie?
- C..co ?
- Mówiłam, że skoro nie ma osoby która, by go wsparła ty musisz się nią stać.
- To będzie trudne i czasochłonne - zastanawiała się dalej - musiałabym być przy nim 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu, a i tak nie jest pewne, że do niego ...
- Przestań marudzić. Jutro przeniosę go na izolatkę. Teraz nie mam na to czasu. Muszę zadzwonić - Sara podniosła słuchawkę, jednak po 10 sekundach z powrotem ją odłożyła. Wstała z za biurka, chwyciła ją pod łokieć i podniosła. To zadziwiające jaką siła dysponowała ta kobieta. Potem wyprowadziła za drzwi i je zamknęła. Susan została sama na korytarzu, kompletnie zdezorientowana. Chwile później drzwi gabinetu ponownie się otworzyły, a Sara w momencie dopadła do niej i wcisnęła jej jakieś pieniądze. 
- Idź i kup mi pączka. Tylko dobrego.- i ponownie zniknęła w gabinecie. McCartney skrzywiła się. Dotarcie do dobrych pączków zajmie jej około pół godziny.  Kiedy udało jej się tam dotrzeć była całkiem zadowolona. Nabyła pączki i spacerowym krokiem udała się w kierunku z którego przyszła. Nie minęło wiele czasu jak psycholog zaczęła kląć. Zdała sobie bowiem sprawę z pewnego faktu. Smith nie znosiła jakichkolwiek pączków.
CHCESZ OTRZYMYWAĆ INFORMACJE O NOWYCH NOTKACH BEZPOŚREDNIO PO TYM JAK SIĘ POJAWIĄ? NAPISZ SWÓJ NUMER GG BĄDŹ ADRES MAIL W KOMENTARZU! NA PEWNO O TOBIE NIE ZAPOMNĘ ^^.